„PRZYSIĘGA KRWI” — RICHELLE MEAD
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia.
Ilość stron: 483.
Czwarty tom cyklu „Akademia Wampirów”.
Recenzja zawiera spojlery dotyczące poprzednich tomów serii.
Po bitwie stoczonej za murami Akademii, choć blisko niej, Rose wyrusza w samotną podróż za ukochanym do Rosji, po drodze natomiast spotyka pewną dziewczynę, która dość niechętnie przystaje jej na pomoc.
Sydney — bo tak właśnie ma na imię — jest nową, ciekawie wprowadzoną i również samą w sobie ciekawą postacią. Niestety, potem zaczyna jej brakować i wydawać by się mogło, że o jej wątku Richelle Mead zapomniała.
Poza tym główna bohaterka piecze dwie pieczenie na jednym ogniu, jednak o tym nie wspomnę, nie chcąc spojlerować. ;)
Bardzo mnie, hm… zaskoczył — tak, to będzie dobre określenie — wątek miłosny w tej części, który w przeciwieństwie do poprzednich tomów został poprowadzony ciekawie. Oraz wątek strzyg, który można by nazwać głównym w „Przysiędze krwi”.
Akcji jest sporo, dzieje się dużo, mamy do czynienia między innymi ze światem strzyg — okrutnym, bezlitosnym i wcale nie słodkim. Trochę przeszkadzało mi idealizowanie Dymitra, który mimo że był strzygę od paru tygodni, stał się taki wspaniały i silny, gdy wówczas wokół niego były „starsze” strzygi, a ponoć z wiekiem stwory nocy dopiero nabierały sił. Czy to nie jest troszkę podejrzane?
Natomiast manipulacja uczuciami — jak już wspomniałam, dotychczas najlepiej poprowadzony wątek miłosny — wyszła autorce genialnie. Nie mogłam rozpoznać wręcz Dymitra w… no, w Dymitrze. Mimo że czasami przejawiały się pewne jego oznaki (o czym jest w następnym tomie pięknie napisane), to był on tym, kim miał być, czyli strzygą. Autorka mogła to zniszczyć poprzez zrobienie z niego miłej i dobrej bestii, a jednak utrzymała poziom i wykreowała to tak, jak powinna.
Teraz również zaczęłam doceniać wątek o więzi i Pocałunku Cienia, pozwalający płynnie przechodzić do perspektywy Lissy, która pełni dość ważną rolę, kiedy władzę nad szkołą przejmuje moroj o nazwisku Lazar. Jego piękna córka, Avery, wykorzystuje zaś samotną wędrówkę Rose i zaprzyjaźnia się z Dragomirówną.
Ponadto Adrian, jak zawsze zresztą, jest z tomu na tom wspanialszy, ukazuje więcej siebie i pokazuje, że jego uczucia wcale nie są płytkie i bezpodstawne. Aż trudno uwierzyć, że z każdym słowem nabiera więcej ludzkości, bo jeszcze w poprzedniej części był bardziej… nie wiem, karciany? Książkowy? Nabiera kształtów, a ja zakochuję się w nim jeszcze bardziej! Jest wspaniały!
Co więcej mogę powiedzieć, poza tym że z tomu na tom seria jest coraz lepsza i coraz bardziej wychodzi poza granice schematu? Chyba tyle, że będzie mi żal już niedługo ją skończyć.
Jeśli poprzednie tomy wciąż Was nie zainteresowały dostatecznie dobrze i myślicie o odstawieniu serii na bok, to dajcie jej jeszcze jedną szansę, czytając “Przysięgę krwi”, bo naprawdę warto — plus na pewno zmieni ona Wasze nastawienie do sagi!
Moja ocena: 8,5/10.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz