Obserwatorzy

środa, 21 listopada 2018

„Jak podrewać drania? Sebastian” Sara Ney

„Jak poderwać drania? Sebastian” — Sara Ney



Wydawnictwo Kobiece

Sebastian „Oz” Osborne to jeden z członków drużyny zapaśniczej w kampusie. Ma wielu znajomych, dziewczyn na pęczki i urodę jak mało kto. Prawie każdy na kampusie chce się z nim zaprzyjaźnić albo choć wymienić dwa zdania.

No właśnie, prawie każdy.

Jak na romans przystało, pojawia się druga osoba, która w tym romansie będzie uczestniczyć — rówieśniczka Sebastiana, Jameson … . Dziewczyna nie bardzo angażuje się w życie kampusu, stara się być choćby dobrą uczennicą, mieć poprawne oceny i wyznaje zasadę, że nie należy oceniać dziewczyny po jej kardiganie. Nie szaleje tak jak jej współlokatorki na imprezach, nie ma nawet chłopaka, a choć każdy uważa ją za dość nieśmiałą, okazuje się być po prostu niezainteresowana niczym poza nauką.

Aż dochodzi do momentu, w którym nasi bohaterowie spotykają się, krzyżują swoje spojrzenia i knot świecy zaczyna się powoli palić drobnym płomieniem uczucia.

Książka, która ma w sobie masę schematycznych wątków, jednocześnie stara się wyjść poza ich ramy. Mamy tutaj tak zwanego „bad boya” i „szarą myszkę”, jednak postacie te mają na tyle złożone charaktery, że stają się prawie że prawdziwe.

No ale właśnie — mamy to „prawie”.

Mimo że książkę czytało się przyjemnie ze względu na lekki i pełen humoru styl autorki, była ona prawie bardzo dobra. Prawie wychodziła poza ramy schematów. Prawie stała się jedną z moich ulubionych pozycji Young Adult.

Pięknie i uroczo opisany romans, charakterystyczny wątek kardiganów, dobrze wykreowani bohaterowie, humor praktycznie co stronę, emocje i napięcie… a jednak czegoś mi brakowało. Gdy akcja rozpędza się niczym na rollercoasterze, dochodzi do punktu kulminacyjnego — coś zaczyna się sypać. Jak gdyby autorka chciała koniecznie napisać na konkretną liczbę stron, żeby je jakkolwiek zapełnić. Akcja nagle zwalnia; im bliżej końca, tym nudniej. Kiedy to na początku nie mogłam się oderwać od książki, tak pod koniec nie miałam nawet ochoty po nią sięgać.

Do minusów można również zaliczyć wstawiane co rozdział cytaty, kompletnie nie mające żadnego powiązania z historią. Dezorientują czytelnika i, bo chyba taka miała być ich rola, nie są wcale takie zabawne (to znaczy większość). Ale, cóż, na pewno jest to w pewnym sensie ciekawy i oryginalny zabieg, który nie pojawia się w co drugiej książce.

Jednak poza ciemną stroną, mamy także tę jasną: jak już wcześniej wspomniałam, chociażby styl autorki, dla którego przeczytałam tę książkę do końca. Lekki, pełen humoru i ociekający emocjami. Właśnie to kocham najbardziej we wszystkich książkach Young Adult i cieszę się, że mimo wszystko ta pozycja również to posiadała.

Uważam, że książka Sary Ney jest warta przeczytania, szczególnie podczas stresujących chwil dla relaksu i odprężenia, bo, ku mojemu zdziwieniu, nie jest to irytująca historia jak wiele innych o podobnej tematyce! Za tę właśnie przyjemność dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu, które wydało ją w uroczej oprawie!

Moja ocena: 7/10.

niedziela, 7 października 2018

„KRONIKI JAARU: CZARNY AMULET" ADAM FABER

„Kroniki Jaaru: Czarny Amulet" — Adam Faber


Wydawnictwo: Czwarta Strona

Gdzie diabeł nie może, tam Kate Hallander pośle.

To zdanie idealnie określa przygody Kate w drugim tomie „Kronik Jaaru”.

Kate Hallander to nastoletnia czarownice, która odkryła w sobie magiczne talenty niedawno i gdy próbowała rzucić miłosny urok na Jonathana, sprawy się skomplikowały i poplątały niczym jej blond włosy z rana. Jednak gdy mocniejszym szarpnięciem grzebienia je odplątała, wszystko zdawało się wrócić do normy.

No, a przynajmniej prawie.

Gdy ciotka Hillena zabiera nastolatkę wraz ze swoją przyjaciółką Seleną na wakacje do miasta ludzi i wiedźm, by Kate mogła ze swoimi rówieśnikami praktykować czary, dzieją się bardzo nietypowe, wręcz przerażająco, rzeczy. Do tego dawne uczucie Kate do Jonathana znów płonie, gdy w tym dziwnym mieście spotyka i jego…

Książka, w porównaniu do pierwszego tomu, jest pełna akcji. Cały czas coś się dzieje, mamy tajemnice na każdym kroku, zabawne momenty, trochę wątku przyjaźni i zaledwie szczyptę miłości. Do tego dołączają trzy nowe postaci — Lilian, Tom oraz Diana. Lilian to radosna, piękna i gadatliwa czarownica, Tom mądry i inteligentny czarownik, Diana zaś jest najmłodsza z nich, ale za to najbardziej skryta.

Po sytuacji z Erato w pierwszym tomie i tym, jak Kamień wybrał Kate na swoją Strażniczkę, Kate wpada w obsesję i podejrzewa każdą napotkaną osobę o największe zło świata. I praktycznie nigdy nie odgaduje niczyich intencji.

Postać Kate oraz jej fera, Fiona, są wykreowane o wiele lepiej niż w „Księdze Luster”. Widać ich złożony nieco charakter, czego w poprzedniej części po prostu nie było. Dialogi, choć wciąż mam wrażenie, że są niekiedy wymuszone, przychodzą już bohaterom łatwiej i bardziej naturalnie. Czytanie „Czarnego Amuletu” nie męczyło, a sprawiało przyjemność.

Zakończenie mnie zaskoczyło, bo tego się nie spodziewałam. Tajemnice, rodzinne sekrety Jonathana oraz magia w miejscu, w którym zdawała się już dawno temu zasnąć…

Ale właśnie! Rodzina Jonathana i w ogóle sam Jonathan. Tego mi właśnie w „Księdze Luster” brakowało! W „Czarnym Amulecie” mamy więcej o charakterze i uczuciach Jonathana, wygląd jego rodzinnego domu składającego się tak naprawdę z tylko i wyłącznie matki oraz wspomnieniach po zmarłym dawno temu ojcu. Już w pierwszym tomie uważałam, że Jonathan to postać skryta i nieco mroczna, ale tutaj mamy to w (chyba) całej okazałości.

Jednak książka ma również wady. Mimo że widziałam sporo nawiązań do pierwszego tomu, to tak naprawdę „Czarny Amulet” możemy uznać jako inną historię. Może to i zaleta, ale dla mnie jest to minus — historia ma potencjał, który autor nieco marnuje.

Ponadto sam tytuł tej części nie nawiązuje jakkolwiek do historii — wątek owego amuletu pojawia się na samym początku, ginie w środku książki, po czym powraca na dwa zdania w jednym z ostatnich rozdziałów.

Czy można się zawieść tą książką? Myślę, że to zależy od podejścia. Jeśli spodziewamy się drugiego Harry’ego Pottera, możemy się przeliczyć, gdyż „Kroniki Jaaru” to seria baśniowa. Nie mamy zaskakującej fabuły, żadnej brutalności czy skomplikowanej magii — są tu dobro, zło oraz zaznaczona mocno puenta.

Baśniowy klimat książki idealnie łączy się z ciepłym kocem, herbatką oraz jesienną pogodą za oknem. Szczerze mogę polecić drugi tom „Kronik Jaaru” każdemu, kto ma ochotę zasmakować nieco magii.

Moja ocena: 8/10.

Niech magia Jaaru porwie Was do tego świata!

niedziela, 9 września 2018

„LEAH ON THE OFFBEAT/LEAH GUBI RYTM” Becky Albertalli

„LEAH ON THE OFFBEAT/LEAH GUBI RYTM” BECKY ALBERTALLI



Wydawnictwo oryginalne: Penguin.
Wydawnictwo polskie: We Need Ya.

Kontynuacja bestsellerowej powieści „Twój Simon/Simon oraz inni homo sapiens” Becky Albertalli.

Leah Burke, perkusistka żeńskiego zespołu Emoji, mistrzyni sarkazmu i najlepsza przyjaciółka Simona przejmuje ster we własnej historii o przyjaźni, pierwszej miłości i ostatnim roku szkoły.

Leah zazwyczaj trafia we właściwe dźwięki, w porównaniu do prawdziwego życia, w którym czasami gubi rytm. Jako jedynaczka i córka młodej, niezbyt zamożnej samotnej matki, zdecydowanie wyróżnia się w kręgu znajomych. Uwielbia rysować, lecz jest zbyt nieśmiała, żeby się tym chwalić. I chociaż jej mama wie, że Leah jest biseksualna, dziewczyna nie zebrała się jeszcze na odwagę, żeby powiedzieć o tym przyjaciołom – nawet swojemu BFF, Simonowi, który otwarcie przyznaje się do bycia gejem.

Kiedy dotychczas nierozerwalna więź łącząca grupkę przyjaciół zaczyna się rozpadać, Leah nie wie, co zrobić. Na horyzoncie majaczy bal na koniec szkoły i college, a napięcie w grupie z każdą chwilą rośnie coraz bardziej. Leah wypada ze swojego życiowego rytmu, gdy ludzie, których kocha, zaczynają się kłócić – a już zwłaszcza wtedy, gdy zdaje sobie sprawę, że wobec jednej z tych osób zaczyna rodzić się w niej uczucie, którego wcześniej nie znała”.


Opis wydawnictwa Czwarta Strona/We Need Ya

Książka ta łączy w sobie miłość, przyjaźń, dźwięki perkusji, komiksy i colę. Mamy tutaj sarkastyczną, ale w głębi duszy tak naprawdę zagubioną nastolatkę, jej paczkę przyjaciół, nieudolnego podrywacza, przyjaciela geja i… nieokreśloną dziewczynę w sprawie swojej orientacji seksualnej. I co ciekawe, każda postać, naprawdę każda, jest rewelacyjnie wykreowana.

Ich dialogi również są tak samo autentyczne jak oni — nie ma nic wymuszonego, wszystko jest tutaj jak najbardziej prawdziwe. To wszystko dopełniają wprawdzie krótkie, ale mocne i dające do myślenia opisy emocji — zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Ponadto nie są pomijane, choć książka nie skupia się tylko i wyłącznie na nich, autorka nie zapomina o nich.

W przeciwieństwie do paru, być może niewiele znaczących, wątków. Zdarzało się też tak, że Leah miała coś zrobić, ale autorka jakby zapomniała o tym. Jednak najbardziej irytowało mnie parę zachowań głównej bohaterki.

Leah sprawiała wrażenie, jak gdyby bawiła się uczuciami innych, niekiedy myślała tylko o sobie. Co prawda, dodawało to odrobiny realistyczności postaci, ale mi działało na nerwy. Czy ona robiła to umyślnie? A może była na tyle ślepa, że nie widziała, jaką krzywdę komuś wyrządza?

Do tego zachowywała się momentami wybitnie dziecinnie. Bała się poruszać najzwyklejsze pod słońcem sprawy, jak gdyby przez to mogła się stać jakaś tragiczna rzecz. Czy stwierdzenie, że nie ma odpowiedniego biustonosza na bal, jest aż tak zawstydzające, że musiała nazywać to „pewną częścią garderoby”?

Ale to wszystko było do wybaczenia, kiedy były opisywane urocze, acz prawdziwe, emocje, momenty. Czasami było nieco zbyt kolorowo, ale to w końcu powieść Becky Albertalli, przesłodkie, nieco nierealne zakończenia to jej specjalność! A przynajmniej tak mi się wydaje po „Simonie…”.
Warto również wspomnieć — gdyż książkę czytałam w oryginalnym języku (angielskim) — że jest on łatwy, prosty i przejrzysty. Myślę, że nie trzeba nawet zbyt mocno znać angielską gramatykę, aby zrozumieć, co się dzieje. A to jest oczywiście na plus.

Podsumowując, książkę czytało się bardzo przyjemnie, szybko i ze łzami w oczach — raz z rozbawienia, raz ze wzruszenia. Z ręką na sercu mogę polecić ją każdemu, nawet jeśli nie czytał historii o Simonie. I moim zdaniem „Leah…” zasługuje na dziewięć z dziesięciu kubków Coli.

Moja ocena: 9/10.

środa, 29 sierpnia 2018

„BUNTOWNICZKA Z PUSTYNI” ALWYN HAMILTON

„BUNTOWNICZKA Z PUSTYNI” — ALWYN HAMILTON



Wydawnictwo: Czwarta Strona.

Bardziej wybuchowa niż proch strzelniczy!
Bezkresne piaski pustyni przemierzają tajemnicze bestie, w których żyłach płynie czysty ogień. Krążą pogłoski, że istnieją jeszcze takie miejsca, w których dżiny wciąż parają się czarami. Lud Miraji coraz mocniej występuje przeciwko tyranii Sułtana. Każda noc pośród wydm pełna jest niebezpieczeństw i magii. Jednak osada Dustwalk nie jest ani magiczna, ani mistyczna – to zabita deskami dziura, którą nastoletnia Amani pragnie opuścić przy najbliższej okazji.
Buntowniczka wierzy, że dzięki talentowi w posługiwaniu się bronią, uda jej się uciec spod opieki despotycznego wuja. Podczas zawodów strzeleckich poznaje Jina – tajemniczego i przystojnego cudzoziemca, który może jej pomóc w realizacji planów. Amani nie przypuszcza jednak, że jedna, ryzykowana decyzja, sprawi, że będzie musiała uciekać przed armią Sułtana, ramię w ramię ze zbiegiem oskarżonym o zdradę stanu.
Opis wydawnictwa Czwarta Strona.
Amani to nastolatka żyjąca marzeniami, która po śmierci rodziców trafiła do wuja i jego żon. Przez całe swoje dzieciństwo strzelała z innymi dzieciakami do pustych puszek na pustyni, rewolwer jest jej więc bardzo dobrze znajomy i za jego pomocą stara się uciec do „lepszego” życia. I je odnajduje — choć nie do końca takie, jakie sobie wymarzyła.
Książka jest utrzymana w klimacie gorącym i idealnym na wakacje, każda strona parzy w palce pustynnym słońcem, przedzierającym się przezeń do czytelnika. Styl autorki swoją lekkością zabiera nas do krainy Amani, gdzie dżiny i koszmary pustyni czyhają na każdym kroku. Cała gama emocji sprawia, że od powieści nie można się oderwać, zaczynając od nutki humoru, który rozbawia do łez, przez nieustającą akcję, na tajemnicach i rosnącej stercie pytań bez odpowiedzi skończywszy.
Kreacja Amani oraz Jina nie jest wprawdzie najbardziej oryginalna, ale wszystkie te detale, które tworzą ich niezwykłą i nadzwyczajną znajomość, sprawiają, że nie można przestać uśmiechać się na samą wzmiankę o nich (tak jak ja właśnie szczerzę się w tym momencie!).
Świat przedstawiony jest w niesamowitym stylu, lekko, ale także i okrutnie. Nie można się oderwać od książki!
Jak dla mnie „Buntowniczka z pustyni” zasługuje na uwagę oraz osiem z dziesięciu piaskowych koron!
Moja ocena: 8/10.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

„SZKLANY TRON” SARAH J. MAAS

„Szklany Tron” Sarah J. Maas



Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 512

Siedemnastoletnia Celeana to najlepsza zabójczyni w całym Adarlanie, jednak pewnego dnia popełnia ogromny błąd i zostaje zesłana do obozu pracy w kopalni soli w Endovier. Aż rok później otrzymuje propozycję od samego księcia Doriana, dzięki której może odzyskać wolność.

Wystarczy tylko, że weźmie udział w turnieju na Obrońcę Króla, gdzie albo wygra i będzie cieszyć się wolnością po czterech latach służby, albo zostanie z powrotem odesłana do obozu i prawdopodobnie nie dożyje następnej wiosny.

Kiedy turniej się rozpoczyna, po kolei giną jego uczestnicy w dziwnych okolicznościach… Celeana musi odnaleźć mordercę, zanim sama stanie się ofiarą.

Książka ta to debiut Sarah J. Maas, który dopracowywała przez dziesięć lat, a mimo wszystko jest pełen absurdów. Sam tytuł Celeany, Najlepszej Zabójczyni Adarlanu, sprawiał autorce kłopot. Nie potrafiła konsekwentnie go używać. W końcu jaka zabójczyni otrzymałaby własną służącą, kompleks komnat i jeszcze otwarty balkon? Kto umieściłby największą przestępczyni w pałacu, przy samym królu? Pomijając te sprawy, było takich absurdów jeszcze więcej.

Kreacja Celeany była typowa — piękna, szorstka, okropna, sarkastyczna i znająca przeróżne odzywki — ale także i tutaj Sarah J. Maas się gubiła. Jeśli już nadajemy postaci taki tytuł, wypadałoby ją na taką postać wykreować. Natomiast to, że Celeana poczuła mdłości na widok trupa, jest nierealne. Morderczyni, która zabijała przez parę lat, robi się niedobrze na widok krwi? Jeju, jak?

Ale w książce absurdy są wynagrodzone ogromną dawką humoru i scen romantycznych. Mamy przekomarzanki zarówno Celeany z księciem Dorianem, jak i kapitanem Gwardii Królewskiej, Chaolem. Są to urocze sceny, choć czasami miałam wrażenie, że nasza zabójczyni za mocno wodzi za nos Doriana. Wręcz bawi się nim, co nawet mnie utwierdza na końcu książki. Jest to naprawdę okrutne z jej strony.

Na kreację świata autorka daje mocny nacisk, dzięki czemu łatwiej jest sobie wyobrazić Erileę nawet pomimo mapy. Mamy również intrygi na tle politycznym, co sprawia, że akcja staje się jeszcze ciekawsza.

Nie brakuje tu także zazdrości o księcia czy żądzy władzy, a również brutalności. Niemniej jednak można zauważyć, że w Dworach nie było jej tyle więcej, co była lepiej przedstawiona.

Jako że „Szklany Tron” to debiut Maas, da się zauważyć, jak wiele doświadczenia nabrała przed napisaniem „Dworu Cierni i Róż”. Jest to mocno widoczne szczególnie przy opisach emocji, gdzie w „Szklanym Tronie” mamy je zapisywane kompletnie inaczej i bardziej płytko. Ale jak to z Sarah J. Maas bywa, jej styl jest na tyle charakterystyczny, że ten typowy dla niej klimat czuć już od pierwszych stron.

I pomimo wszelkich absurdów, nonsensów i zagubień autorki, „Szklany Tron” to naprawdę godna polecenia książka, która jest idealną młodzieżową fantasy na każdą porę roku. Lekka, przyjemna, pełna humoru, ale i owiana tajemnicą — czyli to, co tygryski lubią najbardziej!

Myślę, że jak najbardziej zasługuje na uwagę!

Moja ocena: 7/10.

czwartek, 5 lipca 2018

„LIR: PRZEBUDZENIE” PATRYK MICHAŁ WIDZ

„Lir: Przebudzenie ” Patryk Michał Widz



Wydawnictwo: Warszawska Grupa Wydawnicza
Liczba stron: 315.


Na północy kontynentu, co dziesięć lat, pojawia się tajemniczy wojownik o imieniu Archon. Pewnego dnia trafia na małą wioskę, gdzie zabija wszystkich poza mieszkającym tam dziesięcioletnim chłopcem, Parloksem. Pieczę nad chłopcem przejmuje druid, który uczy go paru druidzkich sztuczek do momentu, kiedy Parloks zostaje najemnikiem i wyjeżdża w poszukiwaniu pracy. Dekadę później Archon znów się pojawia, a w okolicy zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Parloks jest zmuszony do stawienia czoła zagrożeniu i powstrzymania złego wojownika przed zniszczeniem świata.

Parloks ma paczkę przyjaciół, którzy wspierają siebie nawzajem. W czasie jednej z wypraw napotykają bandytów atakujących młodą kobietę, Anael, i postanawiają jej pomóc. Tak oto do ich grona dochodzi dziewczyna, której znaczenie w fabule jest bardzo duże.

Historia paczki przyjaciół jest wprawdzie schematyczna i niemal od samego początku wiadomo, kto wygra. Ale to nie oznacza, że w książce brak zwrotów akcji — pojawiają się, raz bardziej zaskakujące, raz mniej. I szczerze mówiąc, jeden mnie bardzo zaskoczył. A tego się nie spodziewałam po tej pozycji.

Mimo że fabularnie książka jest przyjemna, to fatalnie się ją czyta — na 315 stron może parę zdań nie ma błędów interpunkcyjnych, czasami nawet gramatycznych czy w zapisie dialogów, a także mnóstwo powtórzeń, które łatwo można było zastąpić synonimami. Choć zdecydowanie najbardziej bolał mnie postawiony przecinek po wielokropku.

Już po paru stronach było jasne, że osoba odpowiadająca za korektę i redakcję książki na oczy nawet nie widziała.

Należy także wspomnieć o mądrych i skłaniających do refleksji słowach wypowiadanych przez bohaterów. Niemniej jednak czasami miałam wrażenie, jakby autor wplatał swoje przemyślenia odrobinę od czapy, co nadawało postaciom tylko sztuczności. Byli zdecydowanie niezbyt dobrze wykreowani, wręcz schematyczni i mdli. Co najmniej trzy czwarte z nich była przesłodko miła, kochana i wspaniała. Tego było za dużo.

Fabuła nie jest czymś nadzwyczaj oryginalnym, ot takie zwykłe fantasy umieszczone w średniowiecznych realiach. Jednak to nie było najbardziej irytujące.

Autor sam się gubił w niektórych wątkach, było sporo luk w fabule. Coś miało się dziać za parę dni, nagle to „parę dni” jest jutrem. I wiele, wiele innych, ale ze względu na spoilery nie będę ich tutaj przytaczać.

Ale są jednak sprawy, które ratują tę książkę i sprawiają, że mimo wszystkich tych błędów i niedopracowań chciałam skończyć czytać tę pozycję — a mówię tutaj o klimacie książki, utrzymywanym przez całą historię. I dlatego, choć nie mogę polecić tej pozycji każdemu z ręką na sercu, to na pewno zachęcam do przeczytania, aby samemu wyrobić sobie o niej własną opinię!

Moja ocena: 5/10.

(Więcej zdjęć z tą ciekawą okładką na moim Instagramie/Bookstagramie.)

poniedziałek, 2 lipca 2018

„DWÓR SKRZYDEŁ I ZGUBY” SARAH J. MAAS

„DWÓR SKRZYDEŁ I ZGUBY” SARAH J. MAAS



Wydawnictwo: Uroboros.
Liczba stron: 846.

Trzeci tom „Dworu Cierni i Róż”.

Recenzja może zawierać spoilery dotyczące poprzednich tomów.

Feyra powraca na Dwór Wiosny jako szpieg Dworu Nocy; chce zdobyć informacje o działaniach Tamlina i armii potężnego, złowrogiego króla Hybernii, grożącego, że zniszczy mur i cały kontynent. Jeden błąd może kosztować Feyrę życie nie tylko jej przyjaciół i rodziny, a także niewinnych ludzi.

Kiedy wojna pochłania wszystkim, dziewczyna musi decydować, komu ufać, i podejmować ryzyka, za jakie może słono zapłacić. Ponadto jej zadaniem jest również znalezienie sojuszników tam, gdzie się tego nie spodziewa.

Każdy dzień nieubłaganie zbliża ich do wojny, do woni śmierci niewinnych ludzi oraz fae.

Mrożące krew w żyłach opisy brutalności i łamania kończyn, dobre zwroty akcji, masa emocji i miłosnych uniesień — tak można opisać trzecią część zmagań Feyry w Prythianie. Książka wciąż utrzymywana jest w klimatach brutalnej baśni, tak nierealnej i rzeczywistej zarazem.

Z każdym tomem świat przedstawiony rośnie, na światło dzienne wychodzą nowe jego elementy, które zapierają dech w piersiach, i rozwijające się relacje między bohaterami nie tylko pierwszoplanowymi, a także tymi, którzy nie wychylają się za bardzo.

Maas znów zadbała o prawie każdy szczegół, niewiele wątków zostawiła samym sobą. I choć ta seria jest świetna i niesamowita, ma ona także błędy.

Po pierwsze, Rhysand. Jest idealny, wspaniały, szarmancki, romantyczny, zachowuje się jak na dżentelmena przystało, traktuje Feyrę jak księżniczkę, wybacza jej każdy błąd, nie kłóci się z nią, ma złote serce, poświęca się… I no właśnie. Jest też nierealistyczny.

Jak kocham Rhysa, tak w tej części chciałam złożyć na Maas skargę, że tak go skrzywdziła.

Nie ma ludzi bez wad, każdy ma w sobie coś, co jest nie do końca takie, jakie być powinno. I dlatego ten brak wad ujmuje realności tej postaci. Rhysand jest zbyt wspaniały, nie podniósł na Feyrę nawet raz głosu, ANI RAZU SIĘ NIE POKŁÓCILI. Aż łapałam się za głowę. Feyra nie jest idealna, popełnia błędy, za które normalnie powinna mocno dostać po głowie, natomiast Rhys głaszcze ją po włosach i całuje w główkę.

A po tym wszystkim, kiedy wojna wisi na włosku, kiedy losy całego świata, kontynentu wiszą na włosku — mamy milion opisów ich romantycznych uniesień. Czasami zastanawiałam się, czy ich związek nie polega tylko na uniesieniach. Przez pół książki, nie licząc szukania paru wskazówek, ciągle jest to samo. Sytuację ratowały ich przekomarzanki, które czasami doprowadzały mnie do łez ze śmiechu. Niekiedy zachowywali się jak dzieci, ale w tym wszystkim było coś tak uroczego, że nie mogłam przestać się uśmiechać.

Do tego dochodziły poetyckie opisy ich uczuć, to, jak Maas sprawnie malowała ich emocje słowami niczym Feyra farbami obrazy, było niesamowite. Szczególnie ostatnie strony.

A to sprawiało, że mieliśmy — nareszcie! — wzruszające momenty. Przez całe dwa i pół tomów czekałam na to, na te chwile, kiedy trudno nie uronić łzy. Aż w końcu się one pojawiły.

Najpierw należy wspomnieć o wątku sióstr Feyry. Elaina i jej powracanie do siebie chyba najbardziej godziło w moje serce. Natomiast Nestę, jej charakter i uczucia, autorka rozwinęła śpiewająco. I od tego tomu to właśnie ona stała się moją ulubioną postacią.

I to z nimi w największym stopniu były najlepsze zwroty akcji. To, co się działo, czasami sprawiało, że brakowało mi słów. A do tego te świetne i nienudne opisy walk, bitw — coś wspaniałego.

Wracając jednak do wzruszających momentów, na pewno należy wspomnieć także o ojcu dziewcząt, którego wątek mimo że nie był najlepiej rozwinięty, czasami miałam wrażenie, że Maas specjalnie podkreślała, gdzie mężczyzna jest, to wzruszył. Jeden z bardziej uroczych momentów w całej książce. W całej serii.

I Rhys. Ich, Rhysa i Feyry, więź godowa, wątek o niej… znowu była zagrożona, znowu trzeba było coś działać.

Autentycznie się bałam o nich, o każdą z postaci z Dworu Nocy. Były chwile, kiedy śmierć kogoś z nich czaiła się za rogiem. Rzadko kiedy tak przeżywałam wydarzenia w książce.

Bo choć czasami autorka o kimś albo o czymś zapomniała, bo choć fabuła nie jest nadzwyczajnie oryginalna, to książki z tej serii mają w sobie coś takiego pociągającego i wyróżniającego je na tle innych. Coś niesamowitego.

Dlatego z ręką na sercu mogę polecić te książki każdemu, kto lubi takie klimaty.

Moja ocena: 9/10.

Więcej zdjęć z motywem Dworów i z tą piękną okładką na moim Instagramie.

sobota, 30 czerwca 2018

„DWÓR MGIEŁ I FURII" SARAH J. MAAS

„Dwór Mgieł i Furii" Sarah J. Maas




Wydawnictwo: Uroboros


Drugi tom „Dworu Cierni i Róż”.

Recenzja zawiera spoilery dotyczące pierwszego tomu.

Po wydarzeniach z „Dworu Cierni i Róż” Feyra wraz z Tamlinem wraca do Dworu Wiosny. Przez cały ten czas nawiedzają ją koszmary, które nie pozwalają spać, budzą dziewczynę co noc. Także wciąż nieprzyzwyczajona do swojego nowego ciała, ciała fae, potyka się, wszystko przewraca, zbyt mocno ściska różne rzeczy i je niszczy. Tamlin chce być jej oparciem, jednocześnie — bojąc się o jej bezpieczeństwo — zamyka ją w królewskiej klatce. To wszystko przyprawia Feyrę o dreszcze i koszmary się nasilają do tego stopnia, aż dziewczyna zaczyna mieć wątpliwości dotyczące ślubu… I wtedy na ratunek przybywa Rhysand.

W końcu nie mogło zabraknąć jego humoru i ciętego języka. Rhys także dba o swoje dobre imię i dotrzymuje danej Feyrze obietnicy — a może danej Rhysowi przez Feyrę obietnicy? — tłumacząc jej również ich niezwykłą więź.

Książka przez cały czas jest utrzymywana w świetnym klimacie, który wręcz bije od stron powieści. Poza tym mamy możliwość poznania wielu niezwykłych i uroczych, a także mrożących krew w żyłach, zwyczajów fae zarówno niskiego, jak i wysokiego rodu. Wszystko jest spójne i dobrze wplecione w fabułę, przez co pozwala nam to stać się częścią tej historii.

Nie mogłam się oderwać od książki nawet na moment, bo co chwilę były tak mocne zwroty akcji — bardzo, bardzo zaskakujące. Po prostu coś niesamowitego.

Jedynie boli mnie sposób, w jaki przedstawiony jest Tamlin. Nadopiekuńczy, szalony (i to nie w tym pozytywnym sensie), uparty, zachowujący się wręcz jak dzikie zwierzę, które właśnie ktoś spuścił ze smyczy. W drugim tomie został przedstawiony jako wątek „pojawiam się i znikam” — raz jest, potem go nie ma, nagle znowu jest i tak w kółku. Ponadto wniósł zaledwie odrobinę na koniec.

No i właśnie — koniec. Na ostatnich kartach książki zastajemy istny zamęt wątków i sekretów, o których dotąd nie wiedzieliśmy. Akcja została tak rozstrzygnięta, że tylko chcemy więcej i więcej. Bo czy może być coś gorszego niż zakończenie, które ewidentnie wskazuje na coś, czego się obawialiśmy, jednocześnie tego właśnie chcąc?

Podsumowując, jestem pod wrażeniem, jak rozwija się fabuła Dworów, i nie mogę się już doczekać, aż sięgnę po następny tom! Jestem dobrej myśli i wierzę, że trzecia część przygód Feyry będzie niesamowita i jeszcze lepsza!

poniedziałek, 25 czerwca 2018

RECENZJA EKRANIZACJI „TWÓJ SIMON" („SIMON ORAZ INNI HOMO SAPIENS")

TWÓJ SIMON" — EKRANIZACJA KSIĄŻKI BECKY ALBERTALLI



Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Simon to szesnastolatek ukrywający się ze swoją orientacją seksualną, o której wie tylko jeden jego przyjaciel — Blue. Chłopcy wymieniają między sobą e-maile, nie znając swoich tożsamości, wiedząc jedynie, że chodzą razem do tej samej szkoły. I wtedy dzieje się coś strasznego, „mała katastrofa” czy też „monumentalna tragedia”, a mianowicie klasowy błazen, Martin, dowiaduje się o korespondencji Simona. Szantażuje chłopaka, że jeśli ten nie pomoże mu w poderwaniu przyjaciółki Simona, Abby, on powie całej szkole, że jest gejem.


W międzyczasie Simon szuka wśród ludzi ze szkoły Blue, jednocześnie starając się, by świat nie poznał jego tajemnicy.


Film, mimo że pod wieloma względami różni się od książki (więcej o tym będzie w dalszej części recenzji, gdzie przedstawione zostaną różnice wraz ze spoilerami), jest utrzymany w naprawdę genialnym klimacie, który tak bardzo mnie zachwycił w książce. Do tego mamy świetną obsadę — przede wszystkim mamy Nicka Robinsona jako Simona Spiera — a poza tym także są dialogi na wysokim poziomie, nawet niewiele się różnią od tych znanych nam z powieści.


Grę aktorską trudno mi ocenić, była po prostu wspaniała. Podkład muzyczny idealnie wpasował się w daną sytuację i moment, po prostu nie potrafię pod tym względem niczego zarzucić.


Jest to jedna z najlepszych ekranizacji, na jakich było mi dane być. Urocza, napawająca nadzieją historia ze wspaniałą obsadą i rewelacyjną oprawą techniczną!


Choć książka jest — moim zdaniem — o wiele lepsza i o wiele lepiej ma ukazany w sobie przekaz, to na filmie najwięcej (i chyba najgłośniej) płakałam oraz przeżywałam to wszystko; emocje sięgały zenitu.




Różnice między Simonem Spierem a Simonem Spierem — czyli porównanie książki z filmem


W tej części opinii mogą pojawić się spoilery.


Zawsze jest tak, że pomiędzy książką a jej ekranizacją są różnice. Czasami wielkie, a czasami małe i niewiele znaczące. Czy i z tą ekranizacją tak jest?


  1. Początek filmu, czyli gdzie zaczyna się historia

    W książce rozpoczyna się ona od rozmowy Simona z Martinem na temat e-mailów z Blue. Natomiast w filmie poznajemy głównego bohatera i jego rodzinę na bodajże siedemnastych urodzinach Simona, gdy dostaje jako prezent samochód. Dopiero po parudziesięciu minutach mamy scenę książki, która i tak się różni.

  2. E-maile z Blue, czyli za kulisami szantażu Martina

    Kiedy Martin i Simon ukrywają się za kulisami teatru i tam właśnie chłopak szantażuje młodego Spiera, tak w filmie mamy scenę, gdy Simon wybiega z próby, aby skontaktować się z Blue jak najszybciej, i wtedy zza rogu wypada za nim Martin. Chłopak mu spokojnie i z uśmiechem wszystko opowiada, jednak tutaj dialog nie różni się praktycznie niczym.

  3. Zasięg w szkole a dyrektor i parking

    W filmowej szkole Simona panują podobne zasady do niektórych polskich szkół — nauczyciel widzi korzystającego z telefonu ucznia na korytarzu, więc mu go zabiera. Tutaj wprawdzie robi to dyrektor, nieco wręcz nieudolnie. Jednak się stara, a to o czymś znaczy, prawda? Niemniej jednak w książce mamy tylko informację, że w szkole nie ma dostępnego dla uczniów WI-FI, a nie że dyrektor zabiera telefony. No i także zaraz dojdziemy do wątku o dyrektorze.

  4. Głowa szkoły z otwartymi uszami, jak i drzwiami

    Czytaliście książkę i na widok słowa „dyrektor” zastanawiacie się, o czym mowa? W końcu w niej nie było żadnego dyrektora! Cóż, tutaj jest — humorystyczny mężczyzna z hasłem: „Otwarte uszy, otwarte drzwi”, czy jakoś tak. Miła, przyjemna postać, choć średnio realistyczna. A przynajmniej do czasu, gdy — jak wszyscy wiemy i z książki, i z filmu — sekret Simona wychodzi na jaw. Wtedy dyrektor, a właściwie wice-, dystansuje się trochę.

  5. Rasa Biebera — istotna?

    Może to szczegół, na pewno nie do końca istotny. Praktycznie nic nie znaczący, jednak nieco razi: a mianowicie rasa psa Simona, Biebera. Bieber, według Becky Albertali, to pies o rasie Golden Retriver, natomiast w filmie (o ile dobrze pamiętam) mamy Beagle’a. Może to czepianie się, ale mimo wszystko to wciąż różnica.

  6. Lea(h), od kiedy Ty masz psa?

    Być może to jest dodane w książce o Leai/h (mam problem: pisać jej imię tak, jak jest w książce przetłumaczone czy w filmie?), niemniej jednak nie w Simonie. Otóż w jednej scenie widzimy Leah wyprowadzającą psa, w książce zaś nie pamiętam, aby było o tym mówione. Znowu nieistotny szczegół, ale oglądając film, zaintrygował mnie. No bo, Leah, od kiedy Ty masz psa?

  7. Co ma „Blue” do „Smutnego” — czyli jak polskie tłumaczenie nie tylko niszczyło powagę niektórych sytuacji, ale i sprawiało, że znikał mały easter egg

    Pamiętacie e-maile chłopców? @bluegreen oraz @ , zaś w filmie nie dość, że Simon ma kompletnie inny e-mail, to także tłumaczenie odbiega od sensu. Jak ten e-mail Simona można tam olać, tak przetłumaczenia „Blue” na „Smutnego” zdzierżeć nie mogę. Wprawdzie w filmie trudno się domyślić, kim jest Blue za pomocą jego nazwy g-maila, jak to było w książce, niemniej jednak to wciąż była mała podpowiedź. Choć nazwisko Blue padło bodajże raz, to dla spostrzegawczej osoby wystarczyło, by zaczęła snuć domysły (jeśli przed filmem nie czytała książki; gdy ja byłam w kinie, to na chyba szesnaście osób na sali może z trzy czytały książkę przed obejrzeniem jej ekranizacji). Wiecie, @bluegreen. Ekhem. I to chyba była najbardziej raniąca mnie różnica. Już nawet nie licząc tej następnej…

  8. Miłosne rozterki Leah

    Jak pamiętamy zapewne wszyscy dobrze z książki, Leah zakochała się po uszy w Nicku. Można by rzec, iż Martin w pewnym sensie mógł im pomóc poprzez swój szantaż, czym usprawiedliwiał się Simon — i tu już nie tylko w książce, ale i w filmie. Jednak w ekranizacji wątek miłosny Leah jest trochę odmieniony. Otóż dziewczyna jest zakochana w swoim przyjacielu, tyle że nie tym. Tak, dokładnie — kocha się w Simonie. Nie mogę powiedzieć, że wątek został źle poprowadzony, bo jedynie nie podobała mi się końcówka. Ale mimo wszystko był naprawdę ciekawie zrobiony. I choć z początku myślałam tylko, jak bardzo to zawalili, tak ostatecznie byłam pozytywnie zaskoczona.

  9. Kelner w Waffle House, który nie istniał

    Pamiętacie wszystkich „podejrzanych” o bycie Blue? W filmie postanowili dodać jeszcze kogoś, a mianowicie kelnera z Waffle House, gdzie Simon próbował zeswatać Abby z Martinem pod pretekstem przećwiczenia ról. Obsługujący ich kelner wpadł Simonowi w oko, aż ten zaczął go podejrzewać o bycie Blue, tylko… czy w książce to miało miejsce? Nie wydaje mi się.

  10. Ostatnia różnica, a właściwie brak, którego znieść nie mogę najmocniej

    Jedna z najbardziej uroczych scen — poza odkryciem tożsamości Blue, oczywiście — została wycięta. Pamiętacie, jak Simon wiózł Cala na krześle biurowym? No właśnie. Czekałam na tę scenę, odkąd przeczytałam książkę, a potem dowiedziałam się o ekranizacji. I tej sceny NIE BYŁO. Bo choć całościowo film był genialny i wspaniały, już dawno tak nie płakałam, to bolał mnie brak tej właśnie sceny. Nawet przez moment poczułam rozczarowanie. Już na zawsze ta scena pozostanie tylko i wyłącznie w mojej wyobraźni… A może to i dobrze…?



Znalazłam dziesięć różnic, mniejszych czy większych. Też je znaleźliście? A może macie ich więcej i chcecie się nimi podzielić w komentarzach? Jeśli tak, to śmiało!


Podsumowując, film był dla mnie świetnym dodatkiem i innym sposobem na opowiedzenie historii Simona Spiera oraz jego przyjaciół.


A jak Wam się podobał? Byliście? :D

Moja ocena: 9/10.

Za simonową paczkę z książką w filmowej oprawie dziękuję ślicznie wydawnictwu Papierowy Księżyc! ♥