Obserwatorzy

czwartek, 5 lipca 2018

„LIR: PRZEBUDZENIE” PATRYK MICHAŁ WIDZ

„Lir: Przebudzenie ” Patryk Michał Widz



Wydawnictwo: Warszawska Grupa Wydawnicza
Liczba stron: 315.


Na północy kontynentu, co dziesięć lat, pojawia się tajemniczy wojownik o imieniu Archon. Pewnego dnia trafia na małą wioskę, gdzie zabija wszystkich poza mieszkającym tam dziesięcioletnim chłopcem, Parloksem. Pieczę nad chłopcem przejmuje druid, który uczy go paru druidzkich sztuczek do momentu, kiedy Parloks zostaje najemnikiem i wyjeżdża w poszukiwaniu pracy. Dekadę później Archon znów się pojawia, a w okolicy zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Parloks jest zmuszony do stawienia czoła zagrożeniu i powstrzymania złego wojownika przed zniszczeniem świata.

Parloks ma paczkę przyjaciół, którzy wspierają siebie nawzajem. W czasie jednej z wypraw napotykają bandytów atakujących młodą kobietę, Anael, i postanawiają jej pomóc. Tak oto do ich grona dochodzi dziewczyna, której znaczenie w fabule jest bardzo duże.

Historia paczki przyjaciół jest wprawdzie schematyczna i niemal od samego początku wiadomo, kto wygra. Ale to nie oznacza, że w książce brak zwrotów akcji — pojawiają się, raz bardziej zaskakujące, raz mniej. I szczerze mówiąc, jeden mnie bardzo zaskoczył. A tego się nie spodziewałam po tej pozycji.

Mimo że fabularnie książka jest przyjemna, to fatalnie się ją czyta — na 315 stron może parę zdań nie ma błędów interpunkcyjnych, czasami nawet gramatycznych czy w zapisie dialogów, a także mnóstwo powtórzeń, które łatwo można było zastąpić synonimami. Choć zdecydowanie najbardziej bolał mnie postawiony przecinek po wielokropku.

Już po paru stronach było jasne, że osoba odpowiadająca za korektę i redakcję książki na oczy nawet nie widziała.

Należy także wspomnieć o mądrych i skłaniających do refleksji słowach wypowiadanych przez bohaterów. Niemniej jednak czasami miałam wrażenie, jakby autor wplatał swoje przemyślenia odrobinę od czapy, co nadawało postaciom tylko sztuczności. Byli zdecydowanie niezbyt dobrze wykreowani, wręcz schematyczni i mdli. Co najmniej trzy czwarte z nich była przesłodko miła, kochana i wspaniała. Tego było za dużo.

Fabuła nie jest czymś nadzwyczaj oryginalnym, ot takie zwykłe fantasy umieszczone w średniowiecznych realiach. Jednak to nie było najbardziej irytujące.

Autor sam się gubił w niektórych wątkach, było sporo luk w fabule. Coś miało się dziać za parę dni, nagle to „parę dni” jest jutrem. I wiele, wiele innych, ale ze względu na spoilery nie będę ich tutaj przytaczać.

Ale są jednak sprawy, które ratują tę książkę i sprawiają, że mimo wszystkich tych błędów i niedopracowań chciałam skończyć czytać tę pozycję — a mówię tutaj o klimacie książki, utrzymywanym przez całą historię. I dlatego, choć nie mogę polecić tej pozycji każdemu z ręką na sercu, to na pewno zachęcam do przeczytania, aby samemu wyrobić sobie o niej własną opinię!

Moja ocena: 5/10.

(Więcej zdjęć z tą ciekawą okładką na moim Instagramie/Bookstagramie.)

poniedziałek, 2 lipca 2018

„DWÓR SKRZYDEŁ I ZGUBY” SARAH J. MAAS

„DWÓR SKRZYDEŁ I ZGUBY” SARAH J. MAAS



Wydawnictwo: Uroboros.
Liczba stron: 846.

Trzeci tom „Dworu Cierni i Róż”.

Recenzja może zawierać spoilery dotyczące poprzednich tomów.

Feyra powraca na Dwór Wiosny jako szpieg Dworu Nocy; chce zdobyć informacje o działaniach Tamlina i armii potężnego, złowrogiego króla Hybernii, grożącego, że zniszczy mur i cały kontynent. Jeden błąd może kosztować Feyrę życie nie tylko jej przyjaciół i rodziny, a także niewinnych ludzi.

Kiedy wojna pochłania wszystkim, dziewczyna musi decydować, komu ufać, i podejmować ryzyka, za jakie może słono zapłacić. Ponadto jej zadaniem jest również znalezienie sojuszników tam, gdzie się tego nie spodziewa.

Każdy dzień nieubłaganie zbliża ich do wojny, do woni śmierci niewinnych ludzi oraz fae.

Mrożące krew w żyłach opisy brutalności i łamania kończyn, dobre zwroty akcji, masa emocji i miłosnych uniesień — tak można opisać trzecią część zmagań Feyry w Prythianie. Książka wciąż utrzymywana jest w klimatach brutalnej baśni, tak nierealnej i rzeczywistej zarazem.

Z każdym tomem świat przedstawiony rośnie, na światło dzienne wychodzą nowe jego elementy, które zapierają dech w piersiach, i rozwijające się relacje między bohaterami nie tylko pierwszoplanowymi, a także tymi, którzy nie wychylają się za bardzo.

Maas znów zadbała o prawie każdy szczegół, niewiele wątków zostawiła samym sobą. I choć ta seria jest świetna i niesamowita, ma ona także błędy.

Po pierwsze, Rhysand. Jest idealny, wspaniały, szarmancki, romantyczny, zachowuje się jak na dżentelmena przystało, traktuje Feyrę jak księżniczkę, wybacza jej każdy błąd, nie kłóci się z nią, ma złote serce, poświęca się… I no właśnie. Jest też nierealistyczny.

Jak kocham Rhysa, tak w tej części chciałam złożyć na Maas skargę, że tak go skrzywdziła.

Nie ma ludzi bez wad, każdy ma w sobie coś, co jest nie do końca takie, jakie być powinno. I dlatego ten brak wad ujmuje realności tej postaci. Rhysand jest zbyt wspaniały, nie podniósł na Feyrę nawet raz głosu, ANI RAZU SIĘ NIE POKŁÓCILI. Aż łapałam się za głowę. Feyra nie jest idealna, popełnia błędy, za które normalnie powinna mocno dostać po głowie, natomiast Rhys głaszcze ją po włosach i całuje w główkę.

A po tym wszystkim, kiedy wojna wisi na włosku, kiedy losy całego świata, kontynentu wiszą na włosku — mamy milion opisów ich romantycznych uniesień. Czasami zastanawiałam się, czy ich związek nie polega tylko na uniesieniach. Przez pół książki, nie licząc szukania paru wskazówek, ciągle jest to samo. Sytuację ratowały ich przekomarzanki, które czasami doprowadzały mnie do łez ze śmiechu. Niekiedy zachowywali się jak dzieci, ale w tym wszystkim było coś tak uroczego, że nie mogłam przestać się uśmiechać.

Do tego dochodziły poetyckie opisy ich uczuć, to, jak Maas sprawnie malowała ich emocje słowami niczym Feyra farbami obrazy, było niesamowite. Szczególnie ostatnie strony.

A to sprawiało, że mieliśmy — nareszcie! — wzruszające momenty. Przez całe dwa i pół tomów czekałam na to, na te chwile, kiedy trudno nie uronić łzy. Aż w końcu się one pojawiły.

Najpierw należy wspomnieć o wątku sióstr Feyry. Elaina i jej powracanie do siebie chyba najbardziej godziło w moje serce. Natomiast Nestę, jej charakter i uczucia, autorka rozwinęła śpiewająco. I od tego tomu to właśnie ona stała się moją ulubioną postacią.

I to z nimi w największym stopniu były najlepsze zwroty akcji. To, co się działo, czasami sprawiało, że brakowało mi słów. A do tego te świetne i nienudne opisy walk, bitw — coś wspaniałego.

Wracając jednak do wzruszających momentów, na pewno należy wspomnieć także o ojcu dziewcząt, którego wątek mimo że nie był najlepiej rozwinięty, czasami miałam wrażenie, że Maas specjalnie podkreślała, gdzie mężczyzna jest, to wzruszył. Jeden z bardziej uroczych momentów w całej książce. W całej serii.

I Rhys. Ich, Rhysa i Feyry, więź godowa, wątek o niej… znowu była zagrożona, znowu trzeba było coś działać.

Autentycznie się bałam o nich, o każdą z postaci z Dworu Nocy. Były chwile, kiedy śmierć kogoś z nich czaiła się za rogiem. Rzadko kiedy tak przeżywałam wydarzenia w książce.

Bo choć czasami autorka o kimś albo o czymś zapomniała, bo choć fabuła nie jest nadzwyczajnie oryginalna, to książki z tej serii mają w sobie coś takiego pociągającego i wyróżniającego je na tle innych. Coś niesamowitego.

Dlatego z ręką na sercu mogę polecić te książki każdemu, kto lubi takie klimaty.

Moja ocena: 9/10.

Więcej zdjęć z motywem Dworów i z tą piękną okładką na moim Instagramie.