„DWÓR SKRZYDEŁ I ZGUBY” SARAH J. MAAS
Wydawnictwo: Uroboros.
Liczba stron: 846.
Trzeci tom „Dworu Cierni i Róż”.
Recenzja może zawierać spoilery dotyczące poprzednich tomów.
Feyra powraca na Dwór Wiosny jako szpieg Dworu Nocy; chce zdobyć informacje o działaniach Tamlina i armii potężnego, złowrogiego króla Hybernii, grożącego, że zniszczy mur i cały kontynent. Jeden błąd może kosztować Feyrę życie nie tylko jej przyjaciół i rodziny, a także niewinnych ludzi.
Kiedy wojna pochłania wszystkim, dziewczyna musi decydować, komu ufać, i podejmować ryzyka, za jakie może słono zapłacić. Ponadto jej zadaniem jest również znalezienie sojuszników tam, gdzie się tego nie spodziewa.
Każdy dzień nieubłaganie zbliża ich do wojny, do woni śmierci niewinnych ludzi oraz fae.
Mrożące krew w żyłach opisy brutalności i łamania kończyn, dobre zwroty akcji, masa emocji i miłosnych uniesień — tak można opisać trzecią część zmagań Feyry w Prythianie. Książka wciąż utrzymywana jest w klimatach brutalnej baśni, tak nierealnej i rzeczywistej zarazem.
Z każdym tomem świat przedstawiony rośnie, na światło dzienne wychodzą nowe jego elementy, które zapierają dech w piersiach, i rozwijające się relacje między bohaterami nie tylko pierwszoplanowymi, a także tymi, którzy nie wychylają się za bardzo.
Maas znów zadbała o prawie każdy szczegół, niewiele wątków zostawiła samym sobą. I choć ta seria jest świetna i niesamowita, ma ona także błędy.
Po pierwsze, Rhysand. Jest idealny, wspaniały, szarmancki, romantyczny, zachowuje się jak na dżentelmena przystało, traktuje Feyrę jak księżniczkę, wybacza jej każdy błąd, nie kłóci się z nią, ma złote serce, poświęca się… I no właśnie. Jest też nierealistyczny.
Jak kocham Rhysa, tak w tej części chciałam złożyć na Maas skargę, że tak go skrzywdziła.
Nie ma ludzi bez wad, każdy ma w sobie coś, co jest nie do końca takie, jakie być powinno. I dlatego ten brak wad ujmuje realności tej postaci. Rhysand jest zbyt wspaniały, nie podniósł na Feyrę nawet raz głosu, ANI RAZU SIĘ NIE POKŁÓCILI. Aż łapałam się za głowę. Feyra nie jest idealna, popełnia błędy, za które normalnie powinna mocno dostać po głowie, natomiast Rhys głaszcze ją po włosach i całuje w główkę.
A po tym wszystkim, kiedy wojna wisi na włosku, kiedy losy całego świata, kontynentu wiszą na włosku — mamy milion opisów ich romantycznych uniesień. Czasami zastanawiałam się, czy ich związek nie polega tylko na uniesieniach. Przez pół książki, nie licząc szukania paru wskazówek, ciągle jest to samo. Sytuację ratowały ich przekomarzanki, które czasami doprowadzały mnie do łez ze śmiechu. Niekiedy zachowywali się jak dzieci, ale w tym wszystkim było coś tak uroczego, że nie mogłam przestać się uśmiechać.
Do tego dochodziły poetyckie opisy ich uczuć, to, jak Maas sprawnie malowała ich emocje słowami niczym Feyra farbami obrazy, było niesamowite. Szczególnie ostatnie strony.
A to sprawiało, że mieliśmy — nareszcie! — wzruszające momenty. Przez całe dwa i pół tomów czekałam na to, na te chwile, kiedy trudno nie uronić łzy. Aż w końcu się one pojawiły.
Najpierw należy wspomnieć o wątku sióstr Feyry. Elaina i jej powracanie do siebie chyba najbardziej godziło w moje serce. Natomiast Nestę, jej charakter i uczucia, autorka rozwinęła śpiewająco. I od tego tomu to właśnie ona stała się moją ulubioną postacią.
I to z nimi w największym stopniu były najlepsze zwroty akcji. To, co się działo, czasami sprawiało, że brakowało mi słów. A do tego te świetne i nienudne opisy walk, bitw — coś wspaniałego.
Wracając jednak do wzruszających momentów, na pewno należy wspomnieć także o ojcu dziewcząt, którego wątek mimo że nie był najlepiej rozwinięty, czasami miałam wrażenie, że Maas specjalnie podkreślała, gdzie mężczyzna jest, to wzruszył. Jeden z bardziej uroczych momentów w całej książce. W całej serii.
I Rhys. Ich, Rhysa i Feyry, więź godowa, wątek o niej… znowu była zagrożona, znowu trzeba było coś działać.
Autentycznie się bałam o nich, o każdą z postaci z Dworu Nocy. Były chwile, kiedy śmierć kogoś z nich czaiła się za rogiem. Rzadko kiedy tak przeżywałam wydarzenia w książce.
Bo choć czasami autorka o kimś albo o czymś zapomniała, bo choć fabuła nie jest nadzwyczajnie oryginalna, to książki z tej serii mają w sobie coś takiego pociągającego i wyróżniającego je na tle innych. Coś niesamowitego.
Dlatego z ręką na sercu mogę polecić te książki każdemu, kto lubi takie klimaty.
Moja ocena: 9/10.
Więcej zdjęć z motywem Dworów i z tą piękną okładką na moim Instagramie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz