Obserwatorzy

piątek, 20 kwietnia 2018

„PAPIEROWE MIASTA" JOHN GREEN

„PAPIEROWE MIASTA" — JOHN GREEN



Wydawnictwo: Bukowy Las.
Ilość stron: 393.


Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest znaleźć ciało nieżywego mężczyzny podczas zabawy w wieku ośmiu lat? Co byście w takiej sytuacji poczuli? Prawdopodobnie Quentin Jacobsen, główny bohater „Papierowych Miast”, nigdy by się nad tym nie zastanawiał, gdyby nie to, że tak się właśnie stało. I to, że owe wydarzenie pociągnęło za sobą nietypowe konsekwencje (o ile one w ogóle mogą być typowe).

Quentin — dla przyjaciół Q — od dziecięcych lat jest zakochany w dziewczynie z sąsiedztwa, z którą jako dzieciak wiele przeżył. Jednak kiedy poszli do liceum, ich drogi się rozeszły i dopiero pewnej nocy, tak jak za dawnych lat, Margo Roth Spiegelman zapukała w jego okno, uprzednio wspiąwszy się na parapet. Razem wyruszają pod osłoną nocy na szalone misje, które nieoczekiwanie następnego dnia każą Q pobawić się w Sherlocka Holmesa. Margo znika, a chłopak, z tomikiem poezji „Źdźbła trawy” Walta Withmana pod pachą, wyrusza na jej poszukiwania do Papierowych Miast.

Książka jest lekka, pełna humoru i przemyśleń. Pióro autora nie jest mi obce, czytałam dawno temu inną jego powieść — „Gwiazd naszych wina” — i zauważyłam pewną rzecz, którą się charakteryzuje. Czytając jego książki, ma się wrażenie, jak gdyby działy się rzeczy niemożliwe, bo — a przynajmniej według mnie — wszystko jest dziwnie oderwane od ziemi i bardziej na granicy marzeń. Jest to coś takiego lekkiego i delikatnego w tym, jak wszystko opisuje. Niestety, ale niekiedy psuje to urok chwili, jaka jest opisywana.

Filozoficzne przemyślenia ośmioletniej Margo o strunach na widok trupa nie są czymś typowym dla dzieci w tym wieku — nadają historii mało realistyczności, szczególnie że potem, niecałe dziesięć lat później, dziewczyna jest tak samo filozoficzna jak wtedy. Nie podobało mi się również jej przedstawienie, była zbyt idealna: piękna, mądra, szalona, bez wad. A to, co się działo pod koniec, sprawiło, że poczułam się rozczarowana jej reakcją. Takie robione na szybko, byleby było.

Co do samego głównego bohatera, Quentina, był ciekawy i uroczy, polubiłam również jego humor, niemniej jednak brakowało mu czegoś „przyziemskiego”. Rodzice, kolokwialnie mówiąc, olewający to, ile zasad złamał podczas jednej nocnej wyprawy z Margo, nie bardzo się przejmujący czymkolwiek i bardziej dodani na pokaz; przyjaciele Q — Ben i Radar (to jego przezwisko, ale w książce pojawiło się może z dwa razy jego imię i już go nie pamiętam) — którzy, na szczęście, są bardziej realni. Mimo że Ben często przyprawiał mnie o niemałe obrzydzenie swoim zachowaniem, a czasami także odzywkami, był znośny. Natomiast Radar zachowywał się chyba najbardziej racjonalnie z nich wszystkich — łącznie z przedstawionymi w książce dorosłymi.

Mamy również wiele postaci i wątków wprowadzonych dla ozdoby albo porzuconych, choć miały one duży potencjał. Choćby taki wątek z detektywem prowadzącym — zresztą już nie pierwszy raz — śledztwo dotyczące kolejnej ucieczki Margo (tyle że tej na dłuższy czas). Z początku byłam zachwycona jego wprowadzeniem do historii, tym, jak dyskutował z Quentinem czy rzeczywiście dawał jakieś małe wskazówki nie do końca świadomie. A potem autor chyba stwierdził, że nie będzie więcej potrzebny, i jak gdyby nigdy nic nasz policjant wyparował. Tak po prostu.

Co do wątku z martwym mężczyzną, o którym była mowa na samym początku — przez pół książki jest o nim wzmianka może na dwa zdania, potem dopiero zaczyna się nagle wszystko opierać na jego śmierci. Wątek nie był najgorzej poprowadzony, wręcz powiedziałabym, że nawet, nawet, tylko… czegoś mu zabrakło. Nie był w pełni przemyślany.

Ogólnie rzecz ujmując, książka prezentuje się dobrze, zawiera w sobie odrobinę humoru i mimo że czuję mocne rozczarowanie końcówką — a szczególnie reakcją Q i Margo — to bawiłam się naprawdę dobrze podczas czytania i zdarzało mi się płakać ze śmiechu. Ale nie ze wzruszenia, jak to wszyscy zapewniali. W sumie niewiele rzeczy było tam wzruszających. Jedynie wciśnięta tam filozofia, czasami wręcz na siłę, potrafiła poruszyć, jeśli ukazywała coś bliskiego czytelnikowi. Nic więcej.

Pozycja warta przeczytania, ale im gorzej się na nią nastawi, tym lepiej się czyta. Zdecydowanie.


Moja ocena: 6,5/10.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz